Najważniejsze i tak nam powiedzieli: „Ludzie czytają książki od środka”. Rozmowa z Łukaszem Rusznicą i Michałem Łuczakiem

Prosto po przyjeździe do Wrocławia obrałyśmy azymut na Nadodrze. Dzielnica Wrocławia, która dla jednej z nas Gabrieli-poznaniary jest mieszanką Jeżyc, Łazarza i Wildy, a pomiędzy tym motłochem malutka, schowana w ciągu kamienic, galeria Miejsce przy Miejscu Łukasza Rusznicy, w której podczas tegorocznej edycji TIFF Festival z Pracami Leśnymi wystawia się Michał Łuczak. Przestrzeń galerii jest, jak to mówi Patrycja, bardzo sterylna i schludna, co zdecydowanie podbija jakość odbioru wystawy, która rozłożona jest na dwa pomieszczenia, w których znajdują się wielkoformatowe fotografie w drewnianych ramach z odzysku oraz formy rzeźbiarskie wykonane z klinów drzewnych, ustawione w centralnych miejscach dwóch pomieszczeń. Łuczak zaznaczył, że wchodząc do galerii, nie tylko jest czysto, ale przede wszystkim pachnie lasem i to wcale nie takim jak z opakowania brise mini spray, lecz przyjemnym lekko słodkim zapachem żywicy i ściętego drewna. Dobrze, pewnie pytacie, no dobra fajnie, ale co nam do tego, jak Wy podobno piszecie o photobookach? Jest to słuszne pytanie, mianowicie obaj artyści Łukasz Rusznica oraz Michał Łuczak jako fotografowie są bardzo mocno związani z papierową formą wydawniczą. Nie trzymając dłużej w napięciu, bez większych ceregieli zapytałyśmy z grubej rury:

PPR: Co to właściwie jest photobook?
Łukasz Rusznica: Nie wiem. To temat niepodlegający jakieś większej dyskusji, czy próbie rozwikłania tajemniczej zagadki. Pytanie o to, czym jest photobook jest dla mnie tym samym, co pytanie o to, czym jest wystawa. To jedno z wielu możliwych mediów do wyboru, które jednak jako materiał drukowany posiada pewne prozaiczne, lecz konkretne parametry-chociażby parzystą liczbę stron. Tylko nie liczcie na to, że ktoś poda wam definicję photobooka w formie złotej myśli, bo photobook to wiele rzeczy na raz: technologia, idea, narracja lub jej brak.

PPR: No dobrze, to jedno z wielu możliwych mediów wypowiedzi, ale dlaczego wybierasz akurat to? Dlaczego chcesz zamknąć coś w formie książki?
ŁR: Jezu (wyjaśniamy-On akurat na wystawie się nie pojawił) nie zastanawiam się nad tym i to nie chodzi o intuicję. To medium ustawia mi pewne rzeczy. Mam zdjęcia i od razu myślę, jak będą ułożone, w jakich sekwencjach, kolejności, jak będą się na siebie nakładać, to powoduje, że photobook jest dla mnie naturalną formą wypowiedzi. Choć na decyzję o wyborze książki, może mieć wpływ fakt, że tworzę wystawy i wykorzystując inną formę wyrażania, jaką jest książka, mogę rozgraniczyć te dwie rzeczywistości, ale pewnie to jest wszystko na raz.

Natomiast Michał Łuczak podszedł do tematu ze stoickim spokojem: Ja w ogóle bardzo nie lubię tego słowa. Photobook to po prostu książka, nad której decyzją nie zawsze muszą wisieć powódki czysto romantyczne, lecz ekonomiczne aspekty, fakt, że koszty druku są porównywalne do kosztów tworzenia wystawy, jednak wystawa jest efemeryczna i ograniczona czasowo, a książka nie posiada tych ograniczeń i może jako dzieło znaleźć się u każdego w domu lub, jak dodaje Łukasz Rusznica-w piwnicy, zaraz potem przytaczając anegdotę o pewnym kolekcjonerze, który zapomniał, że w piwnicy trzyma zakupione dwa lata wcześniej i nigdy nierozpakowane photobooki.

Oprócz rozmów z cyklu: o romantycznym bycie photobooka nasza rozmowa miała też bardzo życiowy wydźwięk, w trakcie której dowiedziałyśmy się, że Łukasz Rusznica nie inwestuje w bitcoiny mimo namów ze strony kolegi ze środowiska.

PPR: A kiedy możemy mówić o photobookowym sukcesie?
ŁK: Moment, gdy decydujemy się na szerszy nakład niż pojedyncze, self-publishingowe wydanie. Coś w okolicy 500/1000 sztuk, jeśli sprzeda się wszystko i nie trzeba zanosić niczego na strych, wtedy możemy mówić o realnym sukcesie. ( kiwa głową) Tylko nie oszukujmy się, bardzo często to, co robimy, jest abstrakcyjne i oparte na iluzji. Wkładamy masę własnych funduszy i energii, by jakaś z naszych prac zaistniała w formie fizycznej, więc po twórczym procesie, przychodzi czas, w którym ta praca staje się po prostu jakimś przedmiotem, który rządzi się prawami rynku i który ma przynieść realny zwrot kosztów oraz zyski. Bardzo często udaje się to osiągnąć właśnie dzięki wspomnianej iluzji, na której opiera się cały świat sztuki, czyli tworzeniu poczucia zainteresowania poprzez recenzje, nagrody. Choć według mnie tylko dwie są naprawdę znaczące. Nie musi przynosić uznania w środowisku, jednak w świecie mediów tworzy złudzenie renomy. Buduje i podnosi zainteresowanie, a w konsekwencji popyt. Tylko to wszystko musi być spójne z naszą decyzją artystyczną, bo jeśli od początku nie chcemy myśleć o książce w kategoriach zarobkowych, to wcale nie musimy wydawać jej w tak obszernym nakładzie. Możemy zostać przy pojedynczych sztukach. „Rynek dzieł sztuki nie jest rynkiem rzeczy ekskluzywnych, lecz unikatowych” jak mówi pewien znany krytyk.

PPR: Opowiedz nam o procesie tworzenia?
ŁR: Najważniejszym etapem jest etap nudy, czyli znudzenia się swoim dziełem lub cudzym¹. Nudy w znaczeniu, nabrania dystansu i spojrzenia na fotografie jak na zwykłe zdjęcia, bez intymnego, emocjonalnego bagażu, który może być złym doradcą w selekcjonowaniu oraz układaniu narracji. Nudząc się materiałem, po czasie wreszcie możemy spojrzeć na niego chłodno, oczyszczająco, czasem nawet zero-jedynkowo: dobre zdjęcie, złe zdjęcie, działa, nie działa itd. i tym sposobem stworzyć finalnie coś dobrego.

Na koniec, Łukasz prosi, NIE OBRAŻAJMY SIĘ NA KSIĄŻKI. Włożyliśmy w nie tyle czasu i pracy ile mogliśmy w danym momencie. Nawet jeśli teraz jesteśmy w innym miejscu i zrobilibyśmy to lepiej. Taki był czas, jak muzyka w latach 80., więc polubmy wszystkie swoje przeszłe książki, będą następne, jest szansa, że lepsze.

¹ Łukasz Rusznica w galerii Miejsce przy miejscu prowadzi autorską rezydencję Książka przy miejscu, tak powstał photobook i wystawa Tylko się nie zakochaj Agaty Kalinowskiej. Aktualnie razem z Beatą Bartecką pracuje nad książką z archiwalnych zdjęć IPN. Więcej o projekcie na postemdium.

Materiał zrealizowany przez damskie trio PPR-Patrycję Filarską, Gabrielę Marciniak oraz Pamelę Helenę Tomczyk podczas 10. edycji TIFF Festival we Wrocławiu.