Dziwne rzeczy dzieją się nie tylko na Bliskim Wschodzie. Rozmowa z Martą Bogdańską

Spotkanie z Martą Bogdańską przy wrocławskiej synagodze było ab initio pełne wrażeń. Nasza rozmówczyni nie do końca była pewna, kogo tam zobaczy, ale kiedy już się poznałyśmy, to kelnerka zamiast kawy i soku podała sok i herbatę, spostrzegłszy swój błąd, niestety nie zostawiła herbaty. Na szczęście nie zabrała papierosów.

PPR:  Po co robić photobooka?
Marta Bogdańska: O rany, takie trudne pytanie na początek? Chociaż mega ważne i też się nad tym zastanawiam, ale wydaje mi się, że po prostu niektóre projekty potrzebują fizycznej obecności. Osobiście od początku wiedziałam, że SHIFTERS się w to łapie, dlatego, że jest próbą przywrócenia jakiejś historii. Zapomnianej, a przynajmniej transparentnej, która nie została do tej pory opracowana w krytyczny sposób i sam zamysł od początku był taki, żeby fizycznie pokazać wagę tej historii. I tak chyba jest, bierzesz do ręki 750 stron i jesteś przywalona tym ciężarem. A z drugiej strony w SHIFTERS jest pewien twist. Zależało mi na tym, żeby to było trochę takie pulp fiction. Wiecie, ta książka jest wydana specjalnie na gazetowym papierze i obrazy są kiepskiej jakości. Chciałam podkreślić przezroczystość historii zwierząt, jej zapoznanie. Mimo setek stron to jest jedynie wycinek historii- od końca XIX wieku do lat 70 XX. Ten mój photobook to jest taka XIX powieść.

PPR: XIX-czna powieść, która jednak zaczyna się od screenów artykułów o gołębiach i delfinach oskarżonych o szpiegostwo.
Marta Bogdańska: Mieszkałam 8 lat w Libanie i tam w prasie lokalnej pojawiają się tego typu artykuły, później przedrukowywane przez mainstreamowe media jak BBC, czy Guardian. Bardzo ciekawe było to, że zawsze w tych tłumaczeniach jest prześmiewczy ton. Zwykle się okazuje, że te zwierzęta jednak nie były szpiegami, tylko tam zostały oskarżone, chociaż część zgładzono, albo część siedziała w więzieniu. I te nasze zachodnie media robią: „haha, patrzcie Bliski Wschód, coś dziwnego się tam dzieje”. Wtedy wpadłam na pomysł, żeby przejrzeć archiwa i okazało się, że my się tutaj śmiejemy, a cała historia wojska, programów CIA, nie mówiąc o policji, Czerwonym Krzyżu pełna jest naszego wykorzystywania zwierząt, naszego zachodniego. Od szalonych pomysłów wszczepiania kotom mikrofonów do uszu, przez psy kontrolowane na pilota.

PPR: Wchodząc na wystawę, jednocześnie wchodzimy do dziupli szpiega. Czujemy, że to nie będzie zabawna historia. Bo chyba jest to też abstrakcyjna opowieść o człowieku o tym, jak uprzedmiotawia sobie słabsze istoty.
MB: Dla mnie samo słowo agent jest wytrychem. Z jednej strony oznacza szpiega, informatora, a z drugiej to jest podmiot sprawczy. Szczególnie wybrzmiewa to w języku angielskim. To mi dało też szybki klucz do przejścia w stronę współczesnego myślenia, o prawach zwierząt i animal studies. Stąd wziął się pomysł na stworzenie biblioteki. Razem z Agatą Połeć, kuratorką wystawy, bardzo chciałyśmy pokazać ten element researchowy i poprowadzić narrację z perspektywy zwierzęcia. W filmie zastosowałyśmy tzw. blind spot, to jest sposób widzenia konia. Ultrafioletowa żarówka jest dlatego, że ptaki widzą w ultrafiolecie. No i z tą tapetą jest ciekawa historia. Znalazłyśmy amerykańskiego naukowca, którego badania też nie do końca są potwierdzone, raczej są traktowane jak paranauka. On się nazywa Jack Kassewitz, zajmuję się echolokacją i uważa, że u delfinów jest ona tak mocna, że nawet bez oczu delfiny są w stanie widzieć. Kassewitz przy współpracy z delfinem stworzył obraz-symulację jak delfin widzi człowieka. On nam to zdjęcie udostępnił i dał zezwolenie na jego użycie. Właśnie dzięki tym wszystkim ‘zwierzęcym’ zabiegom rzeczywiście jesteśmy w dziupli szpiega, ale jakiego szpiega? Bo oczywiście- my ludzie wykorzystujemy zwierzęta, ale one również mają swoją sprawczość.

PPR: Jaki obraz relacji człowiek-zwierzę buduję się z SHIFTERS?
MB: Skomplikowany. Mam nadzieję, że niejednoznaczny. Jessie Bond, pisarka współpracująca z Calvert Journal, z którą o tym projekcie ostatnio rozmawiałam podeszła do tego w bardzo ciekawy sposób, a mianowicie wpisała go w conflict photography. Wcześniej nie do końca o tym tak myślałam, bardziej skupiałam się na archiwach, historia wizualna, a przede wszystkim historii z perspektywy zwierząt. Ten termin, zaczerpnięty od francuskiego historyka Erica Baratay, był dla mnie niezwykle ważny przy konstruowaniu tej książki i calego projektu. Dla Bond z Calvert Journal było bardzo interesujące to, że na niektórych zdjęciach odnajdywała więź między żołnierzem a zwierzęciem. Jakieś poczucie ciepła, oddechu, dbania o siebie nawzajem. W trakcie pracy znalazłam historię o żołnierzu z RPA i jego małpce, która na wojnie uratowała mu życie, dostała nawet medal za to, ale dla małpy skończyło się to tragicznie, bo miała tak dużą traumę wojenną, że podczas burzy zmarła na zawał serca. Po wojnie większość zwierząt była zabijana, zjadana albo wystawiana na aukcję jak na przykład świnki.
No ale teraz jest wysyp zdjęć mojego ulubionego peta, specjalne konta na instagramie. Cały czas mamy ten sam problem, patrzymy na zwierzęta bardzo sentymentalnie, widzimy w nich maskotki a to nas w ogóle nie posuwa naprzód, jeśli chodzi o nadawanie im praw, patrzenie jak na istoty, które mają swoje potrzeby.

PPR: Wciąż mamy ogromne poczucie władzy nad zwierzętami, nawet jeśli patrzymy na nie czulej to i tak my decydujemy, czy piesek opowie historię o żółtym szaliczku, czy będzie reklamował nową karmę.
MB: Tak i niestety jest to długa historia w relacjach ludzi ze zwierzętami. Można powiedzieć, że cały świat zachodni buduje tę relację w oparciu o tradycję judeo-chrześcijańską, z piramidą bytów, z hierarchią. To też tradycja kartezjańska, to Kartezjusz nam zrobił tę krzywdę, uznając, że zwierzęta nie mają duszy, a u niego był rozdział tylko na duszę i rozum. Jak nie masz duszy, to trafiasz do maszyny, a jak jesteś maszyną, to można zrobić z tobą wszystko. Mnie się podoba, to co napisał Peter Singer w 1975 roku w książce O wyzwoleniu zwierząt, że on nie kocha zwierząt, ale że po prostu są to istoty, które muszą mieć pewne etyczne prawa, ale to nie znaczy, że my musimy te istoty kochać. Mam awersję do zdań typu: oto mój ukochany piesek. Nie, to nie o to chodzi, chodzi o to, żeby wiedzieć, że zwierzęta są istotami równorzędnie zamieszkującymi ziemię.

Przed opowieściami o kradzieży wina w serialu Rodzina Soprano podleciał do nas gołąb o jednej nodze i Marcie przypomniał się photobook wydany w 2018 przez Rorhof: The Pigeon Photographer. W 1907 niemiecki farmaceuta Julius G. Neubronner, który wykorzystywał gołębie do dostarczania leków, opatentował aparat fotograficzny, który można było przymocować do zwierzęcia i automatycznie robić zdjęcia podczas lotu. Esejem książkę opatrzył Fontcuberta, ten sam, co stworzył radzieckiego kosmonautę Istochnikova. Tyle że tutaj gołąb istniał naprawdę i przypomina nam, że Neubronner był pierwszym, który próbował zobaczyć świat z lotu ptaka.

Książka SHIFTERS znalazła się w 2020 roku na shortliście MACK First Book Award. We wrześciu 2020 została wybrana spośród 397 photobooków na shortlistę KASSEL DUMMY AWARD.

Materiał zrealizowany przez damskie trio PPR-Patrycję Filarską, Gabrielę Marciniak oraz Pamelę Helenę Tomczyk podczas 10. edycji TIFF Festival we Wrocławiu.